Miałeś taką sytuację, że drugi człowiek opowiadał Ci o jakimś swoim problemie, a kiedy chciałeś mu pomóc, to reagował obrazą? Kiedy indziej natomiast byłeś wychwalany pod niebiosa, ponieważ twoje słowa pomogły komuś przetrwać trudny moment w życiu? Innym razem ktoś poprosił Cię o radę, po czym, kiedy nie przyniosła ona oczekiwanego rezultatu, winił Cię za swoje niepowodzenie? A może ktoś zwrócił się do Ciebie po dłuższym czasie i podziękował za pomoc, bowiem w końcu zrozumiał coś, co wcześniej było dla niego odbierane jako obraza? Być może też byłeś zdziwiony, że ktoś Ci dziękuję, ponieważ uważałeś, że nie zrobiłeś niczego szczególnego? I tak dalej… I tak dalej… Pewnie na przynajmniej kilka z wymienionych wyżej sytuacji odpowiedziałbyś twierdząco, a co więcej, chętnie byś dopisał do nich przynajmniej kolejne tyle. Pomagać innym jest trudno i właściwie nie ma uniwersalnej metody pozwalającej na robienie tego zawsze idealnie i skutecznie. Warto jednak pochylić się nad różnymi sposobami komunikacji, które mogą okazać się wsparciem dla innych. Im więcej ich znamy, tym mniejsze prawdopodobieństwo popełnienia błędu. W tej notce przedstawiam trzy: dawanie rad, pomaganie przez pytanie i inspirowanie. A także powiem o tym, co robić, gdy nasza pomoc mimo najszczerszych chęci nie daje efektów. 

I. Dawanie rad

Jest to najprostsza możliwość pomocy. Werbalizujemy po prostu rozwiązanie, które według nas jest najlepsze. Należy jednak pamiętać, że, jak słusznie zauważa Mateusz Grzesiak w książce Psychologia relacji:

Dawanie rad powoduje, że powstaje relacja nadrzędność i podrzędność – ten, który radzi, ustawia się na wyższym poziomie niż ten, któremu rada jest udzielana. To automatycznie powoduje opór w drugiej osobie, bo spycha ją w rozmowie na niższą pozycję[1].

Metoda ta sprawdza się więc w momencie, kiedy jesteśmy dla kogoś mentorem lub autorytetem. Czasami też nasza opinia może być dla człowieka ważna, bo widzi, że w danej kwestii coś nam wyszło, stąd też sytuacyjnie stajemy się wtedy mądrzejsi. W obu przypadkach  nasza relacja jest adekwatna w stosunku do dawania rad.

Warto zaznaczyć, że ten sposób pomagania może spotkać się z negatywną reakcją w momencie, gdy ktoś zwyczajnie nie chce od nas pomocy. Zauważyłem, również po sobie, że ludzie mają tendencje do radzenia innym w momencie, gdy tylko ktoś zacznie mówić o swoim problemie. Nie zawsze jednak drugi człowiek chce porad, czasami po prostu ma potrzebę się wygadać. Najlepiej więc zanim ruszymy z pomocą, wybadać, czy faktycznie jest ona oczekiwana.

Kolejnym niebezpieczeństwem w kontekście dawania rad jest przerzucanie odpowiedzialności. Osoba, której radzimy może bez refleksyjnie pójść za naszymi słowami, a gdy nie wyjdzie, obwiniać nas za swoją porażkę. Takie podejście nazywam „Syndromem Ryjka”, bowiem idealnie pasuje do słów bohatera książek Tove Jansson o Muminkach. Zwierzątko to często pod wpływem lęku zrzuca odpowiedzialność za siebie i swoje życie na innych. Na przykład przed niebezpieczną górską trasą wybraną przez Maminka i Włóczykija w Komecie nad Doliną Muminków mówi: „Pamiętajcie, że teraz znów wszystko robicie na własne ryzyko”[2], po czym rusza z nimi. W pierwszym poprzednim tomie (Małe Trolle i duża powódź) z pośród wielu innych sytuacji dobrym przykładem będzie też ta, w której bohaterowie mają wyruszyć w morską podróż, gdzie Ryjek (zwany tam jeszcze „zwierzaczkiem”), również używa słów: „Dobrze, ale nie na moje ryzyko”[3], po czym wsiada do łodzi. Nie padnijmy ofiarą tego typu sztuczek! Faktem jest, że dając komuś radę bierzemy za nią odpowiedzialność, ale nie do przesady. Warto więc podkreślić, iż z naszej strony przedstawione przez nas rozwiązanie wygląda rozsądnie, co nie czyni z niego jedynego prawidłowego. Dobrze też w tym kontekście odbić piłeczkę odpowiedzialności do osoby i powiedzieć, że cokolwiek mu nie radzimy, to on będzie musiał podjąć decyzję i zmierzyć się z konsekwencjami. Oczywiście w ten sposób nie odżegnujemy się od odpowiedzialności – tak naprawdę stajemy się poniekąd współodpowiedzialni, ale myślę, że raczej nie więcej niż na 40%. 60% (lub nieco więcej) w tym kontekście to wprowadzenie przez kogoś naszej rady w życie (w formie polecanej przez nas lub nieco zmodyfikowanej). Lekcja płynie z tego też taka, że zanim zdecydujemy się na radzenie komuś, zastanówmy się dwa razy.

Dodać należy, że podchodząc do sprawy w wyżej wspomniany sposób, działamy poniekąd terapeutycznie. Bowiem człowiek, który ma słabszą osobowość, a co za tym idzie, mniejszą samosterowność będzie zmuszony jednak skonfrontować się z tym, że nikt poza nim nie może tak naprawdę zmieniać jego życia. Drugą stroną medalu jest to, że kiedy będziemy uświadamiać innych o ich odpowiedzialności, to sami nie wpadniemy w obszar mniej lub bardziej świadomej nieetycznej manipulacji względem drugiego człowieka. Są sytuacje kiedy wydaje nam się, że znamy absolutne, jedyne rozwiązanie. Takowe raczej nie istnieją i warto o tym pamiętać. Wiec sugeruje nie radzić na siłę i mieć baczność, na to, co już napisałem.

Ostatnią sprawą przy dawaniu rad, która dobrze uzupełnia powyższe jest ograniczenie naszej wiedzy w kontekście problemu. Zawsze istnieje bowiem ryzyko, że nie mamy pełnego oglądu sytuacji. Stąd też warto również zanim się da radę dopytać o szczegóły. Nawet jednak jeśli już wydaje nam się, że wiemy wszystko i tak warto jest podkreślić fakt, że mówimy z naszej perspektywy – czyli warto wrócić do kwestii odpowiedzialności.

Zasady dotyczące rad spokojnie możesz też odnieść do mojego bloga. W tej i w innych notkach radzę ze swojej perspektywy, która nie musi być kompletna 🙂

II. Pomaganie przez pytanie

Kolejnym ciekawym, ale silnym narzędziem w pomaganiu innym są umiejętnie zadawane pytania. To właśnie ten sposób pracy jest charakterystyczny dla prawdziwego coachingu, o którym pisałem w notce: Czym (nie) jest coaching?. Otóż potęga tkwi w dużej mierze  w pytaniach otwartych, a więc takich, które nie narzucają wyboru pomiędzy kilkoma drogami. Więc zamiast wymyślać warianty rozwiązania problemu (jeśli ktoś oczywiście chce pomocy), lepiej spytać się drugiego człowieka: „Jak myślisz, jakie istnieją wyjścia z tej sytuacji?” lub „Co można by był zrobić, aby wyjść z tej sytuacji?”. Potem możemy też go zasymulować do większego wysiłku w poszukiwaniach przez kolejne pytania w stylu „Co jest można zrobić?”. Dzięki tej praktyce ludzie są w stanie sami z siebie wygenerować ciekawe rozwiązania, co oczywiście jest clue coachingu (Jenny Rogers w podręczniku Coaching pisze: „Klient posiada zasoby, dzięki którym może rozwiązać problem”[4]). Człowiek dzięki temu generuje sam pomysły i zwiększa się jego samosterowność, odpowiedzialność i wiara w siebie.

Pytań otwartych jednak nie można zadawać w nieskończoność, bo tylko przyniosą nam rozmaite rozwiązania i nic poza tym. Kiedy już mamy wiele wyjść, należy wtedy podziałać pytaniami zamkniętymi, a więc wymienić to, co zostało wygenerowane i zapytać się: „Które z tych wyjść wydaje Ci się najlepsze?”. Można tutaj wprowadzić też skalowanie 1-10 na ocenie realnej wartości rozwiązań.

Często przy zadawaniu pytań otwartych może się pojawić u człowieka bariera w postaci pytania: „A Ty co być zrobił na moim miejscu?”. Możesz wtedy odbić słowami: „A co Ci da moja odpowiedź?” lub „Jaką korzyść będziesz miał z mojej opinii?” itp. Jeśli jednak ktoś upiera się przy radzie, to dajmy mu ją z wcześniej wspomnianymi adnotacjami – tak żeby nie karmić „Syndromu Ryjka” :D.

Pomaganie pytaniami jest trudną umiejętnością, pamiętam bowiem, że jak się jej uczyłem w trakcie studiów zakresu coachingu i doradztwa filozoficznego, to sprawiała mi w początkowej fazie bardzo dużo trudności. Dużo energii poświęcałem na to, żeby aktywnie słuchać i odsuwać od siebie chęć dawania rad. Warto jednak pogłębić ten temat sięgając do książek dotyczących prawdziwego coachingu (polecam wcześniej wspomnianą książkę Rogers) oraz lekturę notki dotyczącej nauki autentycznego słuchania: Jak nauczyć się prawdziwego słuchania?. Kompetencja zadawania dobrych pytań, choć trudna, jest naprawdę bardzo przydatna i pożyteczna dla innych. Dzięki niej ludzie mogą bowiem przejrzeć się w lustrze swoich zasobów i wybrać te, które będą dla nich użyteczne w konkretnej sytuacji.

III. Inspiracja

Iwona Kucharewicz w książce Co z tym szczęściem? Psychologia pozytywna w praktyce pisze następujące słowa, które odnoszą się do bliskich relacji:

Nie planuj listy działań dla kogoś innego; odpowiadasz wyłącznie za plan własnego postępowania. Bardzo możliwe, że gdy zaczniesz go wdrażać, druga strona to zauważy, doceni i zechce odwzajemnić. Nie należy jednak oczekiwać pozytywnej reakcji jako czegoś zagwarantowanego. Narzucanie komuś listy zachowań w ramach planu naprawczego rzadko spotyka się ze zrozumieniem i przychylnością. To zresztą całkiem słuszna i zrozumiała reakcja: każdy odpowiada za zmienianie siebie, jeśli uzna to za słuszne, nie zaś za zmienianie innych. Możesz więc być jedynie inspiracją dla bliskiej osoby – jeśli twoje zachowanie sama uzna za warte naśladowania[5].

Słowa te dużo dodają do tematu całej notki. Odchodząc już nawet od bliskich relacji, można zauważyć, że „gotowy plan naprawczy” to niewątpliwie dobre rady, których druga strona zwyczajnie nie chce. Pojawia się tutaj jednak inna opcja pomocy, a mianowicie INSPIRACJA. Jeśli będziemy świecić przykładem, to istnieje szansa, że inni zaczną nas naśladować bez zbędnego nagabywania i namawiania. Po prostu bądźmy manifestacją tego, co według nas jest wartościowe i dobre. Oczywiście nie każdy będzie chciał pójść w nasze ślady, ale na pewno znajdą się ludzie, którzy to zrobią. Być może też dzięki temu staniemy się autorytetem i będziemy pytani o rady. Wtedy oczywiście warto cofnąć się do wcześniejszych fragmentów tej notki i zastanowić się, czy czasem lepiej nie będzie stać się czyimś „coachem”, a nie mentorem (czyli po prostu zadawać pytania :)).

IV. Gdy nasza najszczersza pomoc nie daje efektów

Czasami może się zdarzyć, że nasza, nawet najszczersza pomoc zostaje z jakiś względów niedoceniona. Możemy wtedy poczuć się urażeni. Warto jednak mieć w pamięci, iż nie zawsze ludzie są w stanie skorzystać z naszego sposobu wsparcia. Może się jednak zdarzyć, że ludzie za jakiś dłuższy lub krótszy czas dadzą nam znać o swojej wdzięczności. Dopiero bowiem wtedy dotarła do nich wartościowość naszych poczynań. Za przykład niech posłużą nam tutaj wspomnienia szwajcarskiego psychoterapeuty Carla Gustava Junga, który w swojej autobiografii piszę o przypadkach, gdzie niezadowoleni pacjenci byli w stanie napisać po dziesięciu latach list z podziękowaniami. Aż tyle czasu zajęło im zrozumienie sensu przeprowadzonej terapii[6]. 

Może też zdarzyć się, że nigdy nie dowiemy się, czy komuś pomogliśmy. Osobiscie nie martwię się tym, a co więcej, uważam, iż nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Ważne, że próbowałem. Nawet jeśli ktoś w późniejszym czasie  skorzysta np. z mojej rady i nic mi o tym nie powie, to i tak dobrze. W końcu nie pomagałem mu dla podziękowania, a jedynie dlatego, żeby coś w swoim życiu zmienił. Chodzi tu o bezinteresowne dawanie, o którym pisałem już w notce: Dawanie i Branie – umiejętności, których możesz się nauczyć!

Podsumowanie

Mam nadzieję, że w jakiś sposób pomogłem Ci w pomaganiu innym. Pamiętaj jednak, że moje rady do nie wszystko. Stąd też jeśli masz jeszcze jakieś inne rozwiązania lub krytyczne uwagi, to zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach.


 

[1] M. Grzesiak: Psychologia relacji, czyli jak budować świadome związki z partnerem, dziećmi i rodzicami. Gliwice 2016, s. 81.

[2] T. Jansson: Kometa nad Doliną Muminków. Tłum. T. Chłapowska. Warszawa 2014, s. 65.

[3] T. Jansson: Małe Trolle i duża powódź. Tłum. T. Chłapowska. Warszawa 2014, s. 30.

[4] J. Rogers: Coaching. Tłum. K. Konarowska, D. Porażka. Sopot 2017, s. 15.

[5] I. Kucharewicz: Co z tym szczęściem. Psychologia pozytywna w praktyce. Warszawa 2015, s. 61-62.

[6] C.G. Jung: Wspomnienia, sny, myśli. Spisane i podane do druku przez Anielę Jaffe. Tłum. R. Reszke, L. Kolankiewicz. Warszawa 1999, s. 152