Mezo (Jacek Mejer, ur. 1982) Od ponad dekady jeden z najpopularniejszych artystów młodego pokolenia. Twórca takich hitów jak SACRUM, WAŻNE, KRYZYS, PO ROBOCIE czy  ANIELE. Jego twórczość to połączenie pozytywnego hip-hopu z popem. Biegacz-amator, z rekordem życiowym w maratonie 2 godziny 48 minut.

Zdobywca wielu prestiżowych nagród w tym Srebrnej Premiery na festiwalu w Opolu, Superjedynki, Viva Comet czy wielokrotnie Eska Music Awards. W 2012 roku wziął udział w telewizyjnym show BITWA NA GŁOSY i doprowadził swój zespół MEZOTEAM do 3 miejsca. Współpracował m.in. z Tabbem, Kasią Wilk, Mieczysławem Szcześniakiem, Liberem czy Hanią Stach. Ukończył studia na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.[1]

Zapis z wywiadu przeprowadzonego na Skype 30.06.2020

Julian Strzałkowski: Cześć Mezo, miło mi gościć Cię na moim blogu.

Mezo: Cześć Julian.

JS: Pozwól, że zanim zaczniemy rozmowę, to trochę wprowadzę Twoją postać dla tych Czytelników, którzy nie znają Twojej twórczości lub też kojarzą ją wyłącznie z singli.

M: Nie ma sprawy.

JS: Może się z początku wydawać, że rozmowa z muzykiem nie mieści się w tematyce mojej strony. Jeśli chodzi jednak o Jacka, to nic bardziej mylnego. Jego teksty dotykają bardzo wielu tematów pokrewnych moim rozważaniom. Jeżeli zaczniemy słuchać płyt Mezo, to od razu rzuci nam się w uszy przekaz dotyczący motywacji, realizacji marzeń i celów, wartościowych refleksji i wniosków, promowania wartościowych postaw, pozytywnego konfrontowania się z przeciwnościami, a także, szczególnie w ostatnim czasie, poruszanie spraw związanych z duchowością. Ten zakres tematów już praktycznie od połowy życia, bo tyle słucham Jacka, przyciągał mnie do jego muzyki. Dodajmy do tego też trzy hasła przyświecające w ostatnich latach muzyce Mezo, a więc „Muzyka, Sport, Motywacja”. Poza rapem natomiast warto zwrócić uwagę na współprowadzony z Doniem podcast Ametyst koncentrujący się na profilaktyce zdrowotno-psychologicznej, czy też zainteresowanie psychologią pozytywną. To wszystko tytułem wstępu, żeby mniej obeznani z Twoją postacią Czytelnicy mieli jakiś background. Teraz już spokojnie możemy zacząć rozmowę. Skąd u Ciebie zainteresowanie takimi tematami? Dlaczego rozwój osobisty jest jednym z przewodnich tematów Twojej twórczości?  

M: Tak dawno się zacząłem tym interesować, że to pytanie jest podobne do tego, skąd się wziął rap i hip-hop w moim życiu. Pewnie z tego, że przesłuchałem pierwszą kasetę lub płytę i mi się to spodobało. Tak samo jest z rozwojem osobistym – przeczytałem jakąś pierwszą książkę i poszło. Ogólnie zawsze chciałem przekazywać, żeby człowiek realizował swój potencjał. Już na Mezokracji dużo o tym było. Jest to oczywiście spore uogólnienie, ale właśnie na tym etapie sięgałem po autorów, którzy jeszcze wtedy w Polsce byli być może mniej popularni. Czytałem na przykład Anthonego Robbinsa. W świecie finansów interesował mnie Robert Kiyosaki. Pamiętam, że mieliśmy też z Owalem[2] trochę beki z jego książek, bo było tam wiele uproszczeń. Na przykład, że grając w Cashflow stajesz się bogatszy z każdą minutą. Zaczęło się więc od najprostszej literatury amerykańskiej. Potem, z racji że miałem ambicję, żeby to miało większą podbudowę fachową i naukową, zacząłem interesować się psychologią pozytywną. Właściwe przez kilka lat czytałem różne książki Martina Seligmana oraz całego środowiska, które się wokół niego zgromadziło, tworząc tę dziedzinę wiedzy. Wreszcie, po ośmiu latach poszukiwań, skończyłem studia podyplomowe z psychologii pozytywnej[3]. To było takie zwieńczenie mojego zainteresowania tą nauką. Ale myślę sobie też, że rozwój osobisty to jest tak pojemny materiał, tak pojemna kwestia, że trudno określić, czym on właściwie jest. Intuicyjnie oczywiście wyczuwamy, że mowa o czymś, co ma cię budować. Jest to pewna forma coachingu, czy też jakaś forma samorozwoju. To właściwie życie kreuje ci kierunek w tym temacie. Mniej ważne jest to, czy ukończyłeś jakąś szkołę i tak dalej. Wiadomo też, że w coachingu i rozwoju osobistym mamy zarówno ludzi wiarygodnych, naprawdę fachowców, i mamy także hochsztaplerów i znachorów, którzy operują totalnym banałem. Dlatego też nie dziwię się, że istnieje kontra negująca sens zajmowania się rozwojem. Ja natomiast zawsze takie zainteresowanie doskonaleniem w sobie miałem. Myślę, że w ostatnich latach potrzebuję tego jako takiej samodyscypliny, bo muszę się sam motywować, żeby rano wstać i zrobić nową piosenkę, czy nagrać płytę. Nikt mnie nie goni z zegarkiem – nie muszę pracować od ósmej do szesnastej. Stąd też daję mi to taką bazę samodyscypliny.

JS: W kwestii psychologii pozytywnej w twórczości, to Twoje utwory zawsze miały bardzo dużo z nią wspólnego. Nawet przed formalnym zajęciem się tym tematem. Natomiast jeśli chodzi o konkrety to widać ją na pewno w numerze Wdzięczny z płyty Życiówka (2017). Mowa w nim o okazywaniu wdzięczności za możliwości, które zsyła nam życie. Psychologia pozytywna pokazuje natomiast, że takie praktyki mają bardzo dobry wpływ na nasz dobrostan. Dzięki niej zmienia się nastawienie do otaczającej nas rzeczywistości, o czym też napisałem notkę: „Cieszmy się z małych rzeczy…”. Na Credo natomiast pojawiają się w utworze Chodź wersy dotyczące stanu flow („przepływu”), czyli poczucia absolutnego pochłonięcia przez daną aktywność. To zjawisko zaobserwował Mihaly Csikszentmihal, a Ty opisałeś je w jednej z notek na swoim blogu Tezameza.pl[4]. Innym numerem z nowej płyty, które odwołuje się do psychologii pozytywnej jest Matematyka miłości, gdzie padają słowa „Dobro mnoży się, kiedy jest dzielone”. Jak wspominasz w ostatnim odcinku Ametystu[5], hasło to usłyszałeś na wykładzie profesora Łukasza Kaczmarka w trakcie studiów i spodobało Ci się tak bardzo, że postanowiłeś stworzyć na jego kanwie utwór. To paradoksalne wyrażenie ma w sobie dużo prawdy. Może podałbyś jakąś sytuację ze swojego życia, która by pokazała zasadność tego twierdzenia?

M: Widać to w najprostszych aktywnościach, na przykład w dodaniu posta na Facebooka. W ten sposób podzieliłem się swoim przeżyciem dotyczącym narodzin mojego dziecka, co spowodowało dużo ciepłych reakcji – pozytywne emocje zostały rozsiane. Fachowo nazywa się to „kapitalizacją pozytywnych emocji”[6]. Niewątpliwie wpływa to na więzi społeczne. Cokolwiek byśmy nie powiedzieli o mediach społecznościowych, to jednak coś sprawia, że stały się one tak bardzo istotne w życiu miliardów ludzi. Wynika to pewnie z tego, że człowiek chce dzielić się swoimi wrażeniami. Oczywiście istnieje też zagrożenie związanie ze stronami tego typu – jak rapuję „Na Insta każdy się uśmiecha, a w domu lekka deprecha” (Staromodny). Ale generalnie chcemy mnożyć te pozytywne emocje, które pokazujemy, jednocześnie dając ludziom jakiś przykład, punkt odniesienia ect.

JS: W kontekście rozwoju osobistego i Twojej twórczości warto zaznaczyć też, że w kawałku tytułowym z albumu Słowo ma moc rozwijasz swoją ksywkę jak M-otywacja, E-nergia, Z-apał, O-ptymizm. Do tego dodajmy jeszcze wcześniej wspomniane hasła „Muzyka, Sport, Motywacja” i mamy prawie całego Jacka. Mówię prawie, bo istnieją jeszcze dwie kwestię, która podnosisz w wywiadzie z Joanną Kudłą dla serii Rozmowy z artystami[7]. Pytany o to, czy promowane przez Ciebie slogany są Twoimi wartościami, odpowiadasz, że hierarchicznie najważniejszy obecnie jest dla Ciebie Bóg, potem rodzina, a następnie cała reszta. Kwestie rodzinne poruszałeś bardzo na płycie Eudaimonia. Natomiast te dotyczące Boga były jakoś w wąski sposób obecne i dojrzały niewątpliwie dopiero niedawno, czego efektem jest krążek Credo. Dotykasz w nim nie tylko spraw duchowych w sensie religijnym, ale też mówisz o takim introspektywnym przyglądaniu się sobie i własnemu wnętrzu. Ta zmiana w tematyce przywodzi mi na myśl koncepcję dwóch połów życia Carla Gustava Junga. Uważał on, że w pewnym momencie, tak mniej więcej w połowie życia (ok. 35 roku życia), człowiek dokonuje przewartościowania i zajmuje się rzeczami, które wcześniej były dla niego mniej ważne. Pierwsza połowa życia jest zarezerwowana na osiąganie sukcesów w świecie zewnętrznym, druga natomiast dotyczy bardziej naszego wnętrza i refleksji nad sprawami ostatecznymi.[8] Odczuwasz to przejście? Widzisz w swoim życiu zasadność tej teorii?

M: Z pewnością nie stało się to na zasadzie, „O, mam 35 lat, a Jung napisał, że musi się to teraz zadziać, więc trzeba zabierać się za rozwój duchowy” <śmiech>. Niewątpliwe wynika to trochę z biologii, że człowiek w wieku trzydziestu kilku lat zaczyna się interesować takimi  tematami. Oczywiście jeżeli mamy do czynienia z osobą refleksyjną. Myślę, że część ludzi całe życie przechodzi i w ogóle nie ma refleksji nad duchowością i podobnymi sprawami. Być może nawet większość tak ma. Ale u ludzi, którzy starają się zastanawiać i nad sobą i nad światem, w okresie między trzydziestką i czterdziestką następuje taki punkt przesilenia. Człowiek zaczyna być wtedy świadomym swoich ograniczeń oraz takiej swojej bezradności wobec świata. Ja tego właśnie zacząłem doświadczać i bywało to bardzo bolesne, ale też bardzo uwalniające. Jak jesteś młody, to najczęściej wydaje ci się, że wszystko jest do osiągnięcia i masz absolutną kontrolę nad całością rzeczywistości. Brniesz w to i oczywiście czerpiesz z tego mniejsze lub większe profity życiowe – zaczynasz się dorabiać, zakładasz rodzinę, bierzesz kredyt. Ale często robi się to nieco bezmyślnie. W tym sensie, że płyniesz takim prądem większości ludzi, którzy tak właśnie robią. To wszystko jest poukładane jak z jakiegoś podręcznika. Ja natomiast jakoś półtora roku temu zacząłem sobie zadawać pytania: „Czy to, co robię, jest właściwie potrzebne?”, „Czy mi życiowy stres jest aż taki potrzebny?”, „Czy to, że gonię za jakimś gadżetem materialnym, jest mi potrzebne?”. Zacząłem bardziej to analizować. Trochę ma to związek ze zdrowiem – w wieku trzydziestu pięciu lat zaczynasz dostrzegać, że nie jesteś niezniszczalny. Gdy pijesz dużo, to zaczynają się coraz mocniejsze kace. Jak robisz to, dajmy na to dziesięć lat, to mogą zacząć się jakieś problemy zdrowotne, a nawet i psychiczne. Uzależnić też można się od innych rzeczy, na przykład dóbr materialnych. Nastaje więc taki moment dużej refleksji. Nie wiem, czy to się jakoś wiąże z kryzysem wieku średniego, bo przyznam szczerze, że nie jestem psychologiczne merytorycznie przygotowany w tej kwestii. Ale wydaję mi się, że to jest coś innego, bo w kryzysie wieku średniego raczej odbija komuś zupełnie w drugą stronę, czyli jak masz już czterdzieści lat, to zaczynasz gonić na przykład za sukienkami. Ja natomiast mam refleksje zdecydowanie duchową. I powiem szczerze, to nie jest łatwy okres, ale warto go przeżyć i doświadczyć. Myślę, że wpływa to potem na całą resztę życia. Łapiesz większy dystans do rzeczywistości i zaczynasz bardziej żyć na zasadach, które sobie wyznaczasz. Nie idziesz już za kulturą, która dziś bardzo mocno na nas wpływa. Wiesz, narzuca rożne reguły, często sprzeczna z tym, co myślimy.

JS: Twoja słowa dobrze oddają to, co Jung opisuje w swojej koncepcji dwóch połów życia. Psycholog mówił poniekąd o tym kryzysie wieku średniego, ale również w pozytywnym sensie. Wiadomo, że komuś może odbić, ale również ktoś może w bardziej łagodny sposób zmienić wektor swoich zainteresowań. Więc jeśli wcześniej mniej koncentrowałeś się na duchowości, to teraz, na zasadzie kompensacji, będziesz czuł wewnętrzną potrzebę eksploracji tego tematu. I w tym sensie przejście w Twojej twórczości pomiędzy poprzednimi albumami, a twoją najnowszą płytą Credo jest takim case studies koncepcji Szwajcara.

M: Wiesz, na psychologii pozytywnej robiłem też test Seligmana na swoje mocne strony[9]. Opisujesz w nim dwadzieścia cztery cechy i badasz, które z nich są mocne, a które słabe. Autor polecał, żeby te mocne jeszcze bardziej wzmacniać, bo to jest taki twój potencjał i w to powinieneś inwestować. Test ten robiłem dwukrotnie, ale osobiście nie podobało mi się to zalecenie Seligmana. Pomyślałem sobie, że te mocne cechy mam już tak wysoko i nie potrzebuję już nad nimi pracować. Potraktowałem więc ten test w ten sposób, że będę sprawdzał sobie, co jest u mnie do poprawy. No i wyszło mi, że mam słabą duchowość. To było dla mnie momentem takiej refleksji. Zdałem sobie wtedy pytanie, dlaczego tak jest i zacząłem sobie gdzieś w tam w tę stronę zaglądać. To nie stało się z dnia na dzień, czy nawet z miesiąca na miesiąc, ale dałem temu czas i przestrzeń. Zaczęło się od medytacji, uspokojenia się. Dużą rolę odegrało też to, że przestałem pić alkohol – to mi dało dużą przestrzeń do oczyszczenia głowy i do spojrzenia, dosłownie i w przenośni, w sposób bardziej trzeźwy na swoje życie. Dalej zaczynałem zgłębiać tę sferę, co mnie doprowadziło do nawrócenia na religię chrześcijańską. Cały czas w tym jestem, cały czas to pogłębiam, no i żyję. Tutaj nie ma jakiegoś celu namacalnego, tylko po prostu to jest proces – droga, którą idę. Uważam, że mimo wszystko to mnie wzmacnia i wzbogaca moje życia. Chociaż z zewnątrz pewne rzeczy mogą się wydawać zupełnie inne. Bo na przykład u kogoś przez to, że angażuje się w życie duchowe, mogą ucierpieć kariera i popularność. To wszystko może iść w odstawkę, albo stać się mniej ważne. No i teraz masz wybór, czy bierzesz te owoce rozwoju duchowego i olewasz te materialne kwestie, czy na odwrót. Oczywiście nigdy to nie będzie zerojedynkowe. Tak samo jak Jung pewnie opisał, że nigdy nie będzie tak, że byłeś w stu procentach ekstrawertyczny, a teraz będziesz w stu procentach introwertyczny. Zmienia się bardziej stosunek, w takiej kwestii, że coś jest ważniejsze lub staje się nagle przeważające.

JS: Według Junga to nawet nie jest zdrowe, żeby ktoś był w stu procentach ekstrawertyczny, czy też introwertyczny. Raczej chodzi o takie ukierunkowanie na rzeczy, które wcześniej były mniej ważne. Jeśli wiec ktoś był bardziej ekstrawertyczny, to nagle zaczyna interesować się nieco swoim wnętrzem. Na zasadzie takiej kompensacji. Jung mówił nawet, że stuprocentowe bycie ekstrawertykiem lub introwertykiem jest skrajną formą patologii[10].

M: Tak, oczywiście. To byłaby z pewnością mania.

JS: Prześledźmy może trochę tematykę poruszaną na albumach. Tam widać jak na dłoni, jak zmieniało się Twoje nastawienie w stosunku do duchowości. Weźmy na przykład tekst z 2000 roku, czyli jeszcze z Twojej „nielegalnej twórczości”[11]. W utworze będącym pochwałą picia piwa CH3CH2OH rapujesz: „Pacierza i piwa nie odmawiam, na wyznaczoną godzinę zawsze się stawiam”. Dzisiaj piwa odmawiasz, a pacierza zdecydowanie nie , prawda<śmiech>?

M: <śmiech> Tak. Miałem wtedy siedemnaście, czy też osiemnaście lat. Teraz zdecydowany zwrot o 180 stopni.

JS: Zdecydowanie. Przeglądając jednak dalej Twoją twórczość, to wersy związane z duchowością, czy też Bogiem, nie pojawiały się w tak ścisłym sensie aż do 2006 roku. Były oczywiście pewne wątki symboliczno-metaforyczne, jak na przykład na  Mezokracji (2003) w numerze Głosy z Owalem. Stosujecie tam motyw faustowski, gdzie Ty wcielasz się z w nęcący głos Mefistofelesa, a Owal pokazuje wyrzuty sumienia, które bohater próbuje odpędzić pokorną modlitwą. Zmianę przynosi na pewno Eudaimonia (2006), gdzie Bóg pojawia się z imienia. Zastanawiasz się więc, czemu ludzie potrafią na Ziemi zrobić sobie piekło i „Dlaczego Bóg akceptuje taką losu kolej?” (Wstawaj). W twoim hicie Sacrum rymujesz natomiast „To błogostan, Panie, pobłogosław chwilę, gdy każdy problem to błahostka”. Co ciekawe, wersy te stają się refrenem w piosence Błogostan z płyty Credo. idąc Dalej, na albumie Słowo ma moc (2009) w Zaufaj sobie deklarujesz „nie wznoszę błagań i rąk do nieba”, a w Złożoności rzeczywistości mówisz: „Rodzina, pasja, wszystko co cię kręci, To są rzeczy dla których warto się poświęcić, A nie pytanie: Co będzie po śmierci? Kiedyś się przekonam, gdy skonam”. Ten sam motyw, ale podparty filozofią Epikura, pojawia się na płycie Herezje (2009) w utworze Wolny. Jak to szło…

M: „Dopóki jesteśmy, nie ma śmierci, Gdy ona przychodzi, nie ma nas, to jest twój czas!” To było bardziej hedonistyczne podejście. Po prostu ja nigdy nie negowałem Boga, ale rozumiałem go w tamtych czasach na swój sposób. Nie po drodze mi było z pełną i deklaratywną wiarą.

JS: Przełom w pewnym sensie można już zauważyć na Mezoteryce (2011) w Modlitwie. Rapujesz o tym, że w naprawdę trudno chwilach zwracasz się do Boga. Odwołujesz się też do takiego archetypowego poczucia: „To siedzi tak głęboko w człowieku od wieków, Przeczucie, że czuwa nam nim dobry opiekun, By życie miało jakąś wartość i sens, By chciało nam się rano ruszać w kolejny rejs”. Chociaż jeszcze masz wahanie, czy to nie jest „tylko taki piękny mit”. Na tej samej płcie w numerze Vita activa stwierdzasz paradoksalnie: „Chcesz to się wyżal i padaj do krzyża, I wołaj Panie wybaw, proszę Cię,  wybacz, To nie czarodziejski dywan, magiczny wywar, naucz się problem dźwigać albo go wywal”. Czyli jest też obecny ten dotychczasowy Mezo, który stawia na działanie, a nie pokładanie wiary w Bogu. Z kolei już na Krajobrazie po bitwie (2013) odwołujesz się do „Dobrego ducha”, który Cię strzegł w trudnych momentach życia (Święty spokój) – ja interpretuję Go jako Boga. Na Życiówce (2017) mamy wątek duchowy w numerze W tlenie, gdzie pokazujesz problem braku sensu w kontekście wieszczonej przez Nietzschego „Śmierci Boga”[12]. Kwestie duchowe rozwijają się już na poważnie na płycie Credo. Oceniasz siebie jako „duchowego analfabetę” (Serce już bije), ale też pokazujesz swoją otwartość i chęć na pogłębianie relacji z Bogiem. Bardzo mocno jednak uderzył tytułowy numer (Credo). Wyznanie tak szczere, że mi aż dech zaparło, a do tego klimatyczny teledysk i chór Gospel Joy.

M: Cieszę się, że tak zareagowałeś na Credo. To był niewątpliwie punkt zwrotny w tej sferze mojego życia. Przez te wszystkie lata starałem się być dobrym człowiekiem, jednak bałem się oddać pewne rzeczy Bogu i powiedzieć, że jestem w niektórych kwestiach bezsilny. Nie miałem w sobie takiej pokory, co też było związane z moim młodym wiekiem. Myślę, że wiele osób ma w sobie coś takiego. Po drugie, ten strach był podyktowany pewnym zanegowaniem swojej podmiotowości – polega się na Bogu, a nie na sobie. Myślę jednak, że można dojrzeć do takiego momentu, w którym zauważasz, że są rzeczy nie do przeskoczenia. Wtedy widzisz, że warto zawierzyć je Bogu. Nie chodzi o to, żeby się modlić i wierzyć, że tylko dzięki temu On ci coś ześle za darmo. Owszem, może się tak stać, jeśli chodzi o zbawienie. Natomiast działanie i życie w zgodzie z przykazaniami nagradza nas każdego dnia. Uważam, że Królestwo Niebieskie codziennie na nas spływa poprzez nasze dobre, spokojne życie. Mamy tyle darów, których nie zauważamy. Powinniśmy być wdzięczni, a my cały czas jesteśmy sfrustrowani. Chcemy jeszcze i jeszcze więcej. To jest niesamowite. Trzeba umieć powiedzieć: „Boże, dziękuję Ci za ten zwykły dzień, za te zwykłe dary, które otrzymuję”.  To jest bardzo uwalniające, mimo, że wiara zawsze będzie wiązała się z wielkim ryzkiem. Zawsze będzie skokiem na głęboką wodę i podróżą w nieznane. Bo choćbyś nie wiem jak starał się logicznie pewne rzeczy ułożyć, to religia jest absolutnie nielogiczna. Nie oszukujmy się – pewnie sprawy są po prostu metafizyczne, dzieją się w naszych sercach, są niezrozumiałe i paradoksalne. To jest właśnie Boskość. My tego nie zrozumiemy. Możemy tylko zawierzyć, żyć według przykazać, walczyć codziennie ze swoimi słabościami i oddawać Bogu to, co boskie. Każdy ma swoją drogę. Ja też rapuję, że „moja wiara jest jak ziarnko gorczycy”, które dopiero zaczyna rosnąć. Wymaga ona jeszcze dużo praktyki i budowania relacji z Bogiem. Wydaję mi się, że to jest przede wszystkim istotne. Trudno mieć kontakt z Bogiem i religią jeśli się nie modlisz i nie chodzisz do Kościoła. Oczywiście akceptuję też inne religie oraz formy rozwoju duchowego. Mi jednak najbliżej jest do chrześcijaństwa. W tej wierze się wychowałem, choć w pewnym momencie ją zaniedbałem. Odkryłem ją jednak na nowo na zupełnie innym, głębszym poziomie – zdecydowanie nie jest to poziom jasełkowy. Chrześcijaństwo ma niesamowitą spuściznę i tradycję. Jest cała historia świętych i innych wielkich ludzi oraz filozofów, którzy zgłębiali te zagadnienia. Na poziomie powierzchownym może się wydawać, że mamy do czynienia z jakąś bajeczką dla naiwniaków. Przesłanie chrześcijaństwa jest jednak bardzo głębokie, choć oczywiście podane w Biblii za pośrednictwem często prostych przypowieści.

JS: W Twoich słowach, a także na płycie (np. numer Długodystansowiec) widać jednak podejście, które pokazuje, że mimo poddania się Bogu wciąż wierzysz w ludzką sprawczość. Wydaję mi się, że bliski może być dla Ciebie cytat przypisywany Ignacemu Loyoli: „Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie.”[13]

M: Słowa Loyoli to jest właśnie to, o czym mówimy. W stu procentach.

JS: Zresztą sam też krytykowałeś na numerze Co poszło dobrze? (Krajobraz po bitwie) metafizyczną koncepcję pozytywnego myślenia pokazaną m. in. w filmie Secret[14]: „Światem nie rządzi żaden prosty Secret, to raczej ostry przekręt”. Skrótowo pogląd ten polega na tym, że myślisz o tym, co chcesz mieć i to dostajesz. Ty natomiast pokazujesz, zgodnie z ustaleniami psychologii pozytywnej[15], że to tak jednak nie funkcjonuje. Mówisz, że trzeba zauważać wszystkie plusy i musy, a następnie, na podstawie tego bilansu, planować działanie. Powiesz coś więcej na ten temat? Jakie masz nastawienie w ogóle do narzędzi rozwojowych?

M: Choć pozytywne myślenie w niektórych momentach nakłada się z psychologią pozytywną, to jednak są to dwie różne dziedziny. Psychologia pozytywna jest nauką, która nie pokazuje życia z wiecznym uśmiechem oraz nie promuje myślenia życzeniowego. Na podstawie konkretnych badań mówi natomiast o tym, co wpływa na nasz dobrostan. Nie można jednak postrzegać tej dziedziny wiedzy jako takiej, która neguje negatywne emocje – one też powinny w nas być. Chyba najgorsze jest to, kiedy ludzie myślą, że skoro interesują się rozwojem osobistym, to ich życie powinno być kolorowe. Wiesz, uważają, że muszą tętnić tym, cały czas się uśmiechać i być naładowanym energią. Myślę, że to prędzej czy później musi doprowadzić do frustracji. Trzeba korzystać z pełnej palety swoich emocji, ale też znaleźć taki sposób, aby jednak dążyć do szczęścia. Nie znaczy to, że mamy się zafiksować na punkcie totalitaryzmu szczęścia. Bo nie jesteśmy w stanie tego, co mamy w środku zagłuszyć – czasami jest tam pustka, złość, czy też jakaś inna negatywna energia. Choćbyś nie wiem jak się uśmiechał, to w końcu wybuchniesz tym złem, które jest w tobie. Mając to na uwadze, polecam bardzo korzystać z fajnych narzędzi, które daje psychologia pozytywna oraz inne rodzaje rozwoju osobistego. Najlepszym rozwiązaniem jest sprawdzanie konkretnych technik oraz narzędzi i weryfikowanie czy dzięki nim twoje życie staje się bogatsze, lepsze, szczęśliwsze i tak dalej.  Próbuj różnych rzeczy, bo to nie jest tak, że wszystko działa dla wszystkich. Każdy z nas jest inny. Dla przykładu ekstrawertyk przeczyta, że warto rozwijać się poprzez zgłębianie relacji towarzyskich, zacznie się do tego stosować i będzie z tego powodu przeszczęśliwy. Gdyby na jego miejscu był introwertyk, to z pewnością nie czułby się z tym dobrze. Ten typ potrzebuje innego sposobu na szczęście. Są więc różne, zależne od osoby, recepty na prowadzenia jak najlepszego życia.

JS: Dotknąłeś tematu tłumionych czy też wypieranych negatywnych emocji. Porozmawiajmy jeszcze trochę o tej kwestii. Jak wiadomo z psychologii głębi, nie warto wypierać tych stanów, bo ich odwet może się bardzo źle skończyć (zob. Masz kompleksy?… ). Mówisz o tym dosadnie w numerze Introspekcja, do którego powstał bardzo ciekawy, obrazujący nasze mroczne wnętrze teledysk. W utworze pokazujesz podróż w głąb siebie, odkrywanie tych często niezbyt przyjemnych obszarów swojej duszy oraz wyciąganie ich na światło dzienne („niech rany za bolą i spłoną”). Wchodzi w grę tutaj z pewnością kwestia zachowanie pewnej równowagi psychicznej.

M: To jest z pewnością kwestia równowagi psychicznej. Mimo, że studiowałem psychologię pozytywną, to powiem Ci, że na większości wykładów byłem w opozycji.

JS: Trochę trudno mi uwierzyć <śmiech>. A to ciekawe…

M: Wiesz, większość ludzi, którzy tam przyszli, chciało naładować się tylko tą pozytywną energią. Oczywiście ja też miałem taką chęć, natomiast interesowało mnie też, w którym momencie można z tym przesadzić. Absolutnie uważam, że z psychologią pozytywną w tym sensie można przeholować. Stąd też na Credo postanowiłem zarapować o czymś mniej pozytywnym. Przyszedł bowiem czas na to, żeby powiedzieć o trudnościach będących pod maską, za którą każdy z nas jakoś się skrywa w życiu publicznym. Nie chciałem być niewolnikiem pozytywności, bo to jest też szuflada, do której ludzie sztucznie cię dopisują. Choć oczywiście preferuję w umiarkowanym stopniu to optymistyczne podejście. Ale wiesz, wielokrotnie słyszałem jednostronne opinie w stylu: „Ty jesteś taki fajny, bo nie przeklinasz”. Wcale nie! Ja też przeklinam, tylko nie w tych piosenkach, które słyszałeś <śmiech>. Przeklinanie oczywiście nie jest fajne samo w sobie, ale czasami trzeba, jeśli jest to autentyczne. Co ciekawe, choć uważam najnowszą płytę za najbardziej poważną i introwertyczną produkcję w swojej dyskografii, to słuchacze często mówią: „fajny ten album, taki pozytywny – to właśnie przez to lubię Cię słuchać”. Mówię sobie „kurde, chyba nie słuchali tej płyty”. Ale wiesz, z Introspekcji, pomimo jej mrocznego klimatu, można wykrzesać jednak jakieś pozytywy. Na przykład w kontekście samooczyszczenia i przyznania się do własnych słabości. Jest to bardzo uwalniające. Doprowadza też często do rewolucji w postaci przewartościowania duchowego, czego efektem może być na przykład rozbudzenie wiary. Zresztą wiara i historia przedstawiona w Biblii to są trudne tematy. Tam nie jest tak, że cały czas ludzie się uśmiechają i mówią o tym jak jest super, pozytywnie i fajnie. Na drodze duchowej trudność sprawia na przykład wyrzeczenie się własnego ego – na krótką metę jest to bardzo bolesne. Długoterminowo budujemy dzięki temu swój charakter i  uczymy się żyć skromniej. Jest to niezmiernie ważne w dzisiejszym świecie, w którym jesteśmy cały czas nienasyceni, mimo że mamy dużo dobra materialnego i mnóstwo szans na relacje z ludźmi. Powinniśmy doceniać życie, a – jak wspomniałem wcześniej – często tego nie robimy. Psychologia pozytywna odgrywa ważną rolę, ale nie można się wkręcić we wcześniej wspomniany totalitaryzm pozytywnego nastroju. Masz prawo do bycia w kiepskim nastroju, do doświadczania smutku, do refleksji, do zastanowienia się, do tego, że na coś zwyczajnie nie masz ochoty, nawet jeśli inni to robią. Świadomość tego jest bardzo cenna i uwalniająca. Przesadzając w negatywną stronę możesz oczywiście dostać jakieś „deprechy”. Trzeba jednak korzystać z pełnej palety emocji.

JS: Czy dobrze rozumiem, że to podejście zostało ukryte również w wersie z utworu wprowadzającego do krążka: „Jestem optymistą, który zwątpił”? (Staromodny)

M: Dokładnie. Zwątpienie z cytatu mówi o tym, że nie chcę być tym optymistą zawsze i wszędzie.

JS: To, co mówisz o równowadze, bardzo dobrze pasuje do Twojej kswyki. Mezo można bowiem zrozumieć jako bycie w pewnej mezosferze, czyli pomiędzy dwoma ekstremami.

M: Tak jest! Mezosfera, harmonia i złoty środek. Ewidentnie stoicka postawa. Zresztą stoicyzm jest mi bardzo bliski. Ale nie na zasadzie, że cały czas jestem gdzieś pośrodku, tylko w tym sensie, że równoważę pewne stany i nie boję się wyrazić tego, co czuję. Nie tylko doświadczmy w nas dobrych rzeczy. Zderzamy się też z negatywnymi aspektami, ale można je wyrazić w konstruktywny sposób. Czyli nie przez na przykład agresję, a przez przemyślenie pewnych kwestii. Medytacja jest świetnym narzędziem do zbadania siebie w ciszy i spokoju.

JS: O właśnie, medytacja. Dużo mówiłeś o niej w odcinku Ametystu WDECH-WYDECH I CO Z TEGO MAM?! ABC MEDYTACJI.[16] Ale zastanawia mnie jednak kwestia, o której nie wspomniałeś. Czy łączysz medytację ze swoją drogą duchową, czy może tylko traktujesz ją jako pewną profilaktykę psychologiczną?

M: Patrzyłbym na medytację jako na technikę dającą pewien psychologiczny stan ułatwiający otwarcie się na inne sprawy. Dla mnie była ona takim katalizatorem, który, między innymi, spowodował moje zainteresowanie duchowością i religią już stricte w wersji chrześcijańskiej. Praktyka medytacji pozwoliła mi zatrzymać się w tym biegu życia i dać czas na refleksję. Mogłem przyjrzeć się swoim myślom. Medytacja według mnie nie prowadzi do jakiegokolwiek celu. Oczywiście ja też przeszedłem różne etapy podejścia do tej praktyki. Na początku myślałem sobie, że im więcej tym lepiej. Że poczuję nagle wibracje w ciele i zstąpi na mnie oświecenie i tak dalej. Zdarzało się, że na siłę chciałem przesiedzieć w konkretnej pozycji godzinę. Tak mnie po tym podejściu bolały nogi, że nie wiem, czy nie wpłynęło to niekorzystnie na łąkotkę, na którą miałem potem operację. Wiesz, miałem tak, że chciałem być najlepszy w tej dziedzinie. Później takich ambicji w medytacji się wyzbyłem. Teraz mówi mi ona jaki miałem dzień. Kiedy siadam po całym dniu różnych wrażeń (stresu, radości, zagonienia, spokoju) na piętnaście minut w ciszy i skupieniu, widzę co się zadziało w mojej głowie. Jeśli jestem na przykład zestresowany i mam następnego dnia do wykonania konkretne zadanie, to moje myśli pędzą jak formuła jeden. Gdy jestem natomiast po spokojnym dniu, to podczas medytacji czuję komfort. Tak czy inaczej, dzięki tej technice możesz wyczytać, co się dzieje w twojej głowie i przyjrzeć się temu z boku. Medytacja w dużej mierze uspokaja cię, zaczynasz panować nad myślami, które sprawiają, że nie raz działasz zgodnie z nimi automatycznie. Nie chodzi tu oczywiście o panowanie w kontekście bycia władcą, lecz uświadamiania sobie pewnych spraw. Na przykład zaczynasz widzieć, co doprowadza do przepłynięcia danej myśli, gęstości pewnych treści w głowie, czy też poczucia czystości umysłu. Po prostu zaczynasz mieć świadomość własnej aury, która w twojej psychice ma miejsce. Każda medytacja w tym sensie jest w mniejszym lub większym stopniu inna. Osobiście bardzo polecam. Ja mam taki swój rygory, czy też może rutynę – od dziesięciu do piętnastu minut medytacji i potem dziesięć do piętnastu minut modlitwy. Po tym zazwyczaj idę spać spokojniejszy, nawet nie szczęśliwszy, a pełniejszy. Po prostu odczuwam dzięki temu pełniej życie. To jest moja osobista refleksja na temat medytacji.

JS: Obecnie też jestem świeżo po napisaniu notki Czy warto praktykować medytację i uważność?…, w której omawiam właśnie skutki tej praktyki. I powiem, że Twoje doświadczenia są tożsame z tym, co na ten temat mówi nauka.

M: Zaznaczę jeszcze, że podstawą zawsze jest regularne praktykowanie. Wystarczy często tydzień (na przykład jedziesz na wakacje i zapominasz o tym) i łatwo wrócić do starych nawyków, zgubić pewien rytm. Praktyka czyni mistrza, a ta jest zdecydowanie godna polecenia. A Ty medytujesz?

JS: Medytować w pełnym słowa tego znaczeniu to nie. Ale od czasu do czasu zdarza mi się praktykować pewną formę uważności. To się ładnie nazywa „open monitoring”, czyli bycie w tu i teraz i doświadczanie rzeczywistości takiej jaka jest w każdej sekundzie. Uwagę mam więc skupioną na szerokim spektrum doświadczeń. Oczywiście wiąże się to od czasu do czasu z wychodzeniem z obszaru myśli, które zagarniają mój umysł. Robię to w każdej chwili, gdy mam na to czas – na przykład w tramwaju, w kolejce w sklepie itp.  Po dłużej praktyce (ok. miesiąca) zmieniło się bardzo moje nastawienie do rzeczywistości – stała się bardziej ciekawsza, przestałem od niej uciekać. Moja codzienna praktyka radzenia sobie z emocjami, czyli Technika Uwalniania Davida R. Hawkinsa również ma dużo wspólnego z medytacją. Tym razem mowa tu o „focused attention”, czyli skupieniu uwagi na jednej kwestii. W skrócie, w tej technice chodzi o to, żeby doświadczać emocji jako energii w ciele. Jeśli pozwolimy na to, bez racjonalizowania stanów myślami, to dany stan wewnętrzny w końcu się „wypali” i odejdzie (więcej o tym w notce: Jak (nie) radzić sobie z emocjami…).

M: Jest faktycznie to podobne. Są zresztą różne techniki medytacyjne. Najważniejsze w medytacji jest po pierwsze skupienie się na własnym oddechu, a po drugie właśnie obserwacja i czucie własnego ciała (skanowanie ciała). To jest przede wszystkim istotne. Dzięki temu na przykład w momencie stresu jesteś w stanie zidentyfikować, co konkretnie czujesz. Nie musisz dzięki temu kompulsywnie reagować (typu bluzgać komuś, pić flaszkę dla relaksu, obżerać się słodyczami ect.). Wiesz natomiast, że to pewna energia, która się zbiera, rozumiesz to i dzięki temu możesz to przeczekać. To oczywiście nie jest łatwe, bo łatwiej się mówi, niż się to robi. Ale tak jak mówiłem – praktyka czyni mistrza.

JS: Jak właśnie zaczynałem praktykować Technikę Uwalniania to straszny miałem problem, żeby nie dać się pochłonąć myślom i porwać emocjom. Żeby jednak faktycznie z tymi doznaniami wysiedzieć i nie iść za ich podszeptami.

M: Medytacja jest zawsze jakąś formą samopoznania, jeśli będziemy rozważać ją w kontekście psychologicznym. Formą medytacji może być też czytanie książki i uzmysławianie sobie pewnych rzeczy. Natomiast ta naprawdę podstawowa forma medytacji, czyli siedzenie w ciszy i zgłębianie siebie przynosi z pewnością bardzo dobre rezultaty.

JS: Odskoczmy od spraw medytacyjnych na rzecz kwestii podążania swoją drogą. Już od legalnego debiutu byłeś, jak sam się potem nazwałeś, Persona non grata czy też „heretykiem”. Flirtowałeś m.in. z popem i robiłeś wiele innych rzeczy, za które ówczesna kultura hip-hop obkładała artystę „ekskomuniką”. Jak rapujesz w numerze HH Faszyzm, Twoje występy były przerywane przez „drących mordę dresiarzy”. W wywiadzie dla weszlo.com mówisz: „Miałem mnóstwo fanów, ale zdarzały się na koncertach takie incydenty, że leciały w moim kierunku kamienie”[17]. Dowodem, że sobie poradziłeś z tym „wiadrem pomyj” jest to, że dzisiaj rozmawiam z mimo wszystko uśmiechniętym Jackiem. Co sprawiło, że się nie załamałeś? Jak to jest podążać własną, wykraczająco poza pewne ramy ścieżką?

M: Podstawową kwestią jest to, że trzeba mieć wewnętrzne przekonanie, że to, co się robi, jest słuszne. Gdy masz takie nastawienie, to krytyka po tobie mniej lub bardziej spływa. Ja do pewnego momentu (tak do 2005 lub 2006 roku) miałem absolutne przekonanie, że mnie ta krytyka tylko napędza. Byłem zdania, że ja mam rację, bo to jest mój styl muzyczny, który sobie wybrałem. Poza tym środowisko hip-hopowe nigdy nie było dla mnie jakimś wzorem do naśladowania. Zresztą piętnaście czy też dwadzieścia lat temu wiązało się ono w dużej mierze z subkulturą dresiarzy. Osobiście mi nie było po drodze z takimi ludźmi i wcale nie bolało mnie to jakoś przesadnie, że z tego środowiska wychodzę. W pewnym momencie jednak zebrało się bardzo dużo tej negatywności. Kiedy na przykład grałem koncerty i przez połowę występu musiałem troszczyć się o to, żeby nie dostać jakimś przedmiotem. Często przez to, że musiałem opędzać się od hejetrów, siadała mi energia, traciłem pozytywny nastrój. Wtedy stwierdziłem, że nie mam już na to wpływu. Środowisko jest już do mnie tak negatywnie nastawione, że nie jestem w stanie tego swoją osobą uratować. Było to dla mnie bolesne doświadczenie. Od tego momentu już tak świadomie odbiłem od próby udowadniania czegokolwiek. Starałem się prowadzić swój rozwój muzyczny i życiowy w kierunkach, które uważałem za słuszne. Oczywiście od czasu do czasu coś tam mnie zabolało. Coś tam mnie ucieszyło. Mimo, że byłem już gdzieś na granicy hip-hopu, zawsze się tam ktoś mną czasami zainteresował i wchodziłem mini-szlakiem w to środowisko. Ale powiem Ci szczerze, że coś straciłem, ale też coś zyskałem. Tak w życiu po prostu jest. Często nie ma się na pewne rzeczy wpływu, one po prostu się dzieją. Ja nie planowałem wielkiej kariery hip-hopowej. Jak miałem osiemnaście lat to robiłem to, bo miałem zajawkę (tworzyłem swoje demówki). Potem nagrałem Mezokrację i poszła eksplozja. Tego nie przewidziałem, reagowałem po prostu na bieżąco. Na pewno jednak długi dystans, który przeszedłem, był zbudowany na autentyczności. Wiele osób uważało mnie za komercyjny produkt. Gdybym jednak nim był, to pewnie przetrwałbym może dwa lub trzy lata i koniec. Minęło natomiast dwadzieścia lat, a ja nadal sobie nagrywam i mam z tego frajdę. Wydarzyło się wiele rzeczy, w tym dużo tych, których nie chciałem. Patrząc jednak na całe swoje życie i tę przygodę muzyczną, to czuję, że to była moja, fajna historia, która nadal trwa.

JS: W utworze Taka mowa z nowej płyty trochę wracasz do tego bardziej zadziornego stylu hip-hopowego, aby w  pewnym sensie rozliczasz się z ocenami Twojej osoby i sceną. Rapujesz, że „zawsze płaciłeś cenę za otwartość”.

M: Na pewno tak. Spójrz, że dzisiaj już nikt nie robi problemu, że jego numer jest grany w Esce. Teraz raperzy się cieszą, gdy są puszczani radiu lub gdy mogą zagrać na imprezie razem z popowymi gwiazdami oraz nagrać z nimi utwór. To jest teraz normalna rzecz. W trakcie moich początków traktowano to jako nowość i postrzegano jako zdradę ideałów i wartości. Ja naprawdę nie czułem, że kogokolwiek zdradzam, kiedy nagrywałem z Kasią Wilk. Po prostu to była świetna wokalistka, której głosem się zajarałem. Robiąc razem projekt, tworzyliśmy formę synergii – ona śpiewa, ja rapuję. Nigdy nie miałem też problemów, żeby występować na dużych festiwalach. Oczywiście, że przez to wchodziłem często w sytuację, które były dość zabawne. Na przykład ludzie, którzy nie słuchali wcześniej hip-hopu, starali się to opisać  w taki sposób: „ja teraz zacząłem jarać się hip-hopem, bo słucham Ciebie”, czy coś w tym stylu. W kontekście takiej interakcji, wypadałem zawsze na takiego przypadkowego gościa, którym się jara pani z warzywniaka, albo ktoś inny niesłuchający muzyki tego gatunku. Popularność zawsze ma swoją cenę. Nawet dzisiaj płacą ją raperzy, choć wiąże się to z pewnością ze mniejszymi negatywnymi emocjami.

JS: W wywiadzie u Marcina Flinta[18] zgodziłeś się z prowadzącym, że trochę wyszło dzisiaj na Twoje…

M: Część ludzi, którzy czuli w stosunku do mojej osoby złość i nienawiść, przyznają to po latach. Dzisiaj są do mnie nastawieni zdecydowanie bardziej neutralnie, choć sporo z nich wiele nabruździło w moim życiu. Mam jednak w sobie taką dozę zrozumienia i jeśli ktoś przychodzi do mnie po latach i mówi „Ty, sorry, chyba za ostro Cię potraktowaliśmy w pewnym momencie”, to ja to doceniam. Nie czuję jednak specjalnie takiej chęci, żeby potem trąbić: „Wyszło na moje! Jestem wygrany!”. Absolutnie to nie o to chodzi. Też nie uważam, że wszystko, co robiłem, było super i teraz cały hip-hop powinien mnie przepraszać. Niektóre rzeczy robiłem pod wpływem chwili i nie byłem z nich specjalnie dumny. Zdecydowanie nie twierdzę, że jestem święty.

JS: To podążanie własną drogą mimo trudności jest bardzo inspirujące. Stąd też Twoja historia bardzo dobrze pokazuje, że warto iść swoją ścieżką mimo trudności. Kolejną kwestią, która interesuję mnie w Twojej twórczości, jest filozofia. Poświęcasz jej trochę miejsca. Odwołujesz się do konkretnych myśli i nazwisk takich jak: wcześniej wspomniany Nietzsche i Epikur, a także Arystoteles (np. Kolejny szczyt), Platon (np. Jedyna), Bauman (np. Dziewczyna z tatuażem), Kołakowski (np. Bezkrólewie), Freud i Hobbes (np. Złożoności rzeczywistości), czy też stoicyzm (Harmonia). Na tym jednak nie poprzestajesz, bowiem w całej swojej twórczości dotykasz tematów tak ważnych dla filozofii jak dobre życie, poczucie sensu, rozważasz kondycję ludzkiej egzystencji, a także sięgasz po metafizykę. W jednym z wpisów na Facebooku natomiast mówisz, że w trakcie tworzenia Eudaimoni czytałeś Historię filozofii Tatarkiewicza i nazywasz ją „chyba najważniejszą lekturą w życiu”[19]. Jaki jest Twój stosunek do filozofii? Jaką wartość widzisz w tej dziedzinie wiedzy? Czy masz jakieś swoje ulubione nurty lub dzieła, do których wracasz?

M: Mam pasję do filozofii. Nie mówię jednak, że jestem bardzo oczytany, zresztą jest to rozległa i trudna dziedzina wiedzy. Stąd też czytam raczej jakieś opracowania w stylu Historia filozofii, nie zaś te źródłowe dzieła, które są często niełatwe w odbiorze. Tatarkiewicz był dla mnie absolutnym przełomem, ponieważ rozszerzył mi strasznie horyzonty. Pokazał, z jak różnych punktów można patrzyć na rzeczywistość. Dzięki temu człowiek może nabrać bardzo dużo tolerancji do innych poglądów. Dowiaduje się też, ile nie wie, czyli doświadcza sokratejskiego „Wiem, że nic nie wiem”. Czytając samego Tatarkiewicza zaczynasz widzieć, że jesteś takim małym elementem wielkiej układanki, która jest absolutnie niezrozumiała. Warto to jednak pojąć, bo wtedy zyskujesz ten dystans oraz dostajesz taką szczepionkę na wszelkie totalitaryzmy, ekstremizmy i inne zaślepienia, w które ludzie często popadają – myślą pod wpływem manipulacji, że ktoś ma konkretną jedyną w swoim rodzaju receptę na życie. Filozofia rozpuszcza to wszystko absolutnie. Przynajmniej tak było w moim przypadku.

Nadal lubię tę dziedzinę i nawet powiem szczerze, że pandemia skłoniła mnie do zakupu pewnej innej historii filozofii autorstwa jezuity Fredericka Coplestona. Jest to zdecydowanie szersza publikacja, bo składa się na nią bodajże jedenaście tomów. Szczerze boję się trochę oddać lekturze, bo po książkach filozoficznych chodzę bardzo zamyślony i brakuje mi decyzyjności. Myślę jednak, że przyjdzie moment, że to przeczytam. Proponuję natomiast każdemu zacząć od Tatarkiewicza, czy też innych, prostszych opracowań.

No i jeszcze jedna rzecz, filozofia poza strefą otwarcia na szerokie horyzonty, może też dać Ci bardzo praktyczne wskazówki, jak żyć. Dobrym przykładem jest wspominany już stoicyzm. W tym wypadku to też jest wzbogacające.

JS: W rozmowie poruszyliśmy już na pewno dwa obszary z twojego motta „Muzyka, Sport, Motywacja”. Została jeszcze jedna sfera, zdecydowanie dla Ciebie ważna, a więc sport. W twoich utworach pojawiają się nawiązania do piłki nożnej, którą dawno temu trenowałeś (np. Okrągła skóra, Z podwórka na stadion, Futbol, Mistrzostwo, Gotowi na Euro ). Rapujesz też o tenisie w Wchodzę na kort, dyscyplina ta pojawia się również w teledysku do Wers rewers. Ważnym numerem jest jednak Muzyka, sport, motywacja, gdzie opisujesz bieganie, czyli Twoją pasję. Motywy dotyczący tego sportu można zobaczyć na wcześniejszych klipach do Obudź się i Kochaj albo giń. Prawdziwe jednak rozwinięcie tej kwestii następuje na albumie Życiówka. Mimo, że Credo jest bardziej duchową i introwertyczną płytą, to tam też można znaleźć co nie co dla sportowców. Mamy więc Medytacje w biegu, Chodź i Długodystansowca.  Twoja twórczość pokazuje, że sport był w twoim życiu obecny niemal od zawsze.

M: Dokładnie. Tak jak zauważyłeś, zaczęło się od piłki, po drodze nauczyłem się grać w tenisa, potem była bardzo duża zajawka biegowa. Teraz znowu wracam do tenisa. Istotą dla mnie jest wprowadzanie ciała w formę takiego aktywizującego stresu. Niewątpliwie jest to też bardzo oczywista, filozoficzna refleksja, bo wchodzi tu w grę żywa relacja pomiędzy ciałem a duchem. To jest takie holistyczne połączenie całościowe. Ruch to dla mnie legalny doping i aktywator dobrego nastroju. Porównując to z alkoholem, którego obecnie w ogóle nie piję, po dobrej przebieżce czuję się jak po dobrym piwie. Naprawdę. Wracam, kąpię się i przez trzy godziny jestem jak nówka. Przez przebieżkę rozumiem oczywiście relaksacyjną formę biegu, a nie trening w trupa. Sport daje naturalne możliwości wpływania na dobrostan poprzez danie bodźca wysiłkowego do swojego ciała. Uprawianie sportu łączy się też z ideą rywalizacji, którą mam w sobie i zawsze miałem. Kiedyś była ona obecna w hip-hopie, dzisiaj jest bardziej w bieganiu. Co prawda wyzbywam się jej powoli ze wszelkich stref, bo uważam, że byłem nieco uzależniony od chęci bycia we wszystkim najlepszym. Tak jak wspominałem, miałem też tak z medytacją. Dzisiaj wiem, że nie warto i takie ambicje trzeba raczej odpuszczać. Rywalizacja jest dobra w życiu, ale trzeba wyważyć jej dawkę.

JS: To, o czym mówisz, widać w numerach na Credo. Medytacja w biegu mówi właśnie o delektowaniu się chwilą i radości z samego bycia obecnym podczas realizowania swojej pasji – na bok odchodzą w tym kontekście wyniki, „życiówki” i cele, bo ważne jest doświadczanie tu i teraz. Chodź natomiast to mega motywator pokazujący jedność ciała i umysłu oraz wspierający osiąganie celów i zdrową rywalizację.  Długodystansowiec to w zasadzie numer o determinacji, która w każde sferze życia jest niezbędna, aby coś osiągnąć, natomiast pokazuje też konsekwencję przeholowania. Rapujesz w nim o Twoich doświadczeniach po artroskopii. To ciekawe, bo o tym, żeby nieco zwolnić, dało Ci znać ciało. Powiedziało ono między wierszami: „Zwolnij trochę, bo się przejedziesz”.

M: Zdecydowanie tak. To jest to, o czym wspomniałem. Biologia często zmusza nas do przewartościowania pewnych rzeczy. Osobiście wolę już w ten sposób, niż w jakiś mocniejszy. Wiesz, niektórzy po zawale dopiero zaczynają myśleć. Albo wtedy kiedy wpadną w szpony nałogu i ich żona zostawia. Pytanie, gdzie ktoś ma swoją granicę, po której zaczyna się refleksja? Najłatwiej zamiatać wszystko pod dywan, co niestety skutkuje tym, że potem budzisz się z większym problemem.

JS: Jeśli chodzi o uzależnienie, o którym wspominasz, to na Credo bardzo dobrze oddajesz ten problem w numerze Grupa śmierci. Natomiast pamiętam wpis na Twoim blogu Teza Meza w 2017 roku, w którym opisałeś moment uświadomienia sobie złego wpływu picia alkoholu na Twoje zdrowie i wyniki sportowe. Postanowiłeś więc nieco ograniczać spożywanie napojów wyskokowych[20]. Teraz natomiast nie pijesz wcale.

M: Jasne, że alkohol wpływa na zdrowie. Kiedy zaczynasz się bardziej wgłębiać w temat sportu, planować cele i wyniki, to zdecydowanie trudno jest połączyć to melanżami. Nie mówię, że się nie da, bo często jest to możliwe, ale zawsze coś za coś. Nie ma cudów. Sport na pewno zawsze hamował, czy też ograniczał, moje melanżowe życie. Jeszcze mam taką refleksję, jeśli chodzi o świat hip-hopowy. Dużo raperów ma teraz przemyślenia bardzo zbliżone do moich. Nie patrząc daleko jest to Peja, VNM (choć chyba teraz przez jakieś rozterki życiowe znowu wrócił do złych nawyków), czy też Małpa.

JS: Przykładem może też być Bosski Roman z FIRMY. On też przeszedł dużą metamorfozę i obecnie tworząc Drużynę Mistrzów promuje zdrowy, sportowy i duchowy styl życia.

M: Oczywiście, tak jest. Niektórzy raperzy zmienili też nastawienie trochę niechcący. Na przykład O.S.T.R-emu musiało pęknąć płuco, żeby zrozumiał, że jaranie przez całe życie nie jest najlepszym pomysłem, żeby być zdrowym i uratować gospodarkę. Pamiętam jego pomysł, żeby zalegalizować marihuanę, bo to rozwiąże wszelkie problemy gospodarcze w Polsce.

JS: W kwestii zdrowego życia to muszę zapytać się jeszcze o wspomniany na początku wywiadu podcast Ametyst, który prowadziłeś razem z Doniem. Na jednym z live’ów na Facebooku wspomniałeś, że Dominik niestety nie jest w stanie poświęcić wystarczająco dużo czasu na nagrywanie kolejnych odcinków. W związku z tym podcast obecnie jest zawieszony. Czy jest szansa w przyszłości jednak na kontynuację? Nie myślałeś ewentualnie o samodzielnym prowadzeniu tego projektu, jak to zrobiłeś w ostatnim odcinku z serii?

M: Myślę, że decyzja zostanie podjęta w ciągu miesiąca bądź dwóch. Jeśli więc Ametyst wróci, to raczej na jesień. Zatrzymała nas na pewno pandemia, wspominana przez Ciebie rezygnacja Donia oraz płyta, która chciałem już dokończyć. Teraz już przetrawiłem te wszystkie rzeczy i kwestia leży w decyzji, czy będę chciał się tym zająć sam. Na razie nie mam jeszcze odpowiedzi na to. Muszę to naprawdę przemyśleć. Bo jeśli się w to zaangażuję, to na pewno w perspektywie rocznej – tyle minimum chciałbym działaś w tym temacie. Raczej we wrześniu podejmę ostateczną decyzję. Na ten moment powiem w ten sposób. Gdzieś tam w środku chciałbym wrócić do Ametystu i mam nadzieje, że się to uda.

JS: Jeszcze zapytam w kwestii nowej płyty. Już opadł kurz po nieco nietypowej, bo mniej okazałej przez pandemie premierze Credo (tj. 22.05.2020). Czy masz już jakieś refleksje na temat płyty? Czy już analizowałeś sobie ją nieco krytycznie, aby móc zaplanować rozwój na przyszłość? Czy może jeszcze robisz sobie przerwę od tego typu analiz i odpoczywasz po wszystkim? Pytam, bo pamiętam, że w Q&A dla kanału Videogaduła[21] po premierze Mezoteryki (2011) mówiłeś, że zawsze po pewnym czasie w ten sposób podchodzisz do swoich produkcji.

M: Robię sobie na razie przerwę. Właściwie od kilku tygodni nie interesuję się moją płytą. Był moment po premierze, gdzie miałem ją mocno osłuchaną, chociażby z tego względu, że grałem dwa koncerty online i musiałem się do nich przygotować – wykazać znajomością tekstów <śmiech>[22]. Natomiast teraz tak od miesiąca odłożyłem album na bok. Oczywiście ten sezon jest absolutnie niezwyczajny i absurdalny. Miałem w planie jeżdżenie na koncerty i promowanie Credo. To byłby zupełnie inny wymiar. Ale złożyło się tak, jak się złożyło. Ten sezon właściwie jest już pogrzebany, jeżeli chodzi o koncerty. Myślę jednak, że kiedy już będę miał perspektywę zagrania koncertów, to reaktywuję trochę promocję najnowszego materiału. Uważam, że w tym kontekście jest jeszcze dużo do zrobienia, ale potrzebna jest do tego interakcja z ludźmi. Na ten moment wykonywałem swoją robotę w okresie, kiedy wszyscy chowali się w skorupy. Zrobiłem trzy klipy i starałem się dostarczyć ten materiał ludziom w jak najlepszej formie. Aktualnie jest obecny w sieci i robi swoją „małą robotę”. Codzienne dostaje maila, że ktoś posłuchał i coś sobie z tego wyniósł. Cieszę się, że tę płytę wydałem i nie przeciągałem tego w nieskończoność. Inaczej pewnie czekałbym pewnie gdzieś do jesieni, aż się pandemia skończy. Temat mam zamknięty i teraz odpoczywam. Płyta po czasie nabiera innej wartości i trochę może innego wydźwięku. Osobiście cieszę się, że coś takiego zrobiłem – album jest mocno zanurzony w jednym klimacie. Ciekawy jestem, co będzie dalej i jak moje życie się dalej potoczy. Czy będę kontynuował obrany kierunek, czy może jednak coś innego mi wystrzeli.

JS: Czyli trudno powiedzieć, czy płyta byłą jakąś odskocznią w celu wyrażenia odkrycia jakim była duchowość, czy też początkiem jakieś drogi?

M: Sam nie wiem jak to jeszcze będzie. Według mnie najważniejsze jest to, żeby duchowy przełom rozgrywał się w tobie. Pomyślałem jednak, że to i tak prędzej czy później ze mnie wypłynie. A skoro jestem kimś, kto uzewnętrznia swoje emocje poprze piosenki, to postanowiłem w tak szeroki i nowy sposób odkryć swoje wewnętrzne karty. Nie mam jednak pojęcia, gdzie mnie to zaprowadzi. Przestałem zresztą planować długodystansowo, bo życie w tej chwili jest bardzo nieprzewidywalne.

JS: Myślę, że sytuację, w jakiej się wszyscy znajdujemy, bardzo dobrze oddaje ostatni numer na albumie, czyli Piękna katastrofa. Gdy go po raz pierwszy przesłuchałem, to pomyślałem sobie, że to jest hymn dzisiejszych czasów. Zresztą był pisany chyba najbliżej premiery całego materiału. Poruszona została w nim kwestia pandemii oraz tej pauzy świata i mroku, który razem z tym nadszedł. W utworze przebija się jednak taka Twoja filozofia, w której, choćby nie wiem, co się działo, to widzisz szklankę do połowy pełną. Opisywana katastrofa jest w pewnym stopniu piękna, a ty „tańczysz na szczytach świata jak Grek Zorba”. Widać w tym dużą witalność, która nie słabnie mimo trudnych chwil. 

M: Możemy być źli, że mamy pandemię, bo zdecydowanie lepiej, żeby jej nie było. Warto jednak zaznaczyć, że ludzie potrafili się cieszyć w innych, często bardziej tragicznych czasach. Na przykład podczas wojny, kiedy były naprawdę ekstremalne warunki życia. Także te nasze kłopoty to jest taka igraszka. Powinniśmy sobie też to uświadomić. I to właśnie o tym mówi Piękna katastrofa. Także do przodu każdego dnia. Starajmy się rozwijać, starajmy się uśmiechać. Nie bójmy się tych emocji, które gdzieś w nas drzemią, a są trochę bardziej mroczne.

JS: Bardzo piękne podsumowanie tej rozmowy. Pozostaje mi tylko podziękować za teninspirujący wywiad i zachęcić Czytelników do posłuchania Twojej muzyki. Mam ją na słuchawkach od dawną, czego wyraz dałem na końcu utworu Taka mowa[23]. Można więc powiedzieć, że dołożyłem małą cegiełkę do twojej nowej produkcji <śmiech>.

M: Oczywiście. Bardzo cieszę się, że mogłem być gościem na Twoim blogu. Chciałbym wyrazić wielki szacunek dla Ciebie jako osoby. Myślę, że ty i Paweł Sekmistrz, to dwie osoby, które chyba najlepiej znają w Polsce moją twórczość. Cytujesz z głowy moje teksty, czym pokazujesz, że często znasz moją muzykę lepiej niż ja sam <śmiech>. Bardzo się cieszę, że mogłem Cię poznać osobiście i zrobić coś w Twoim kierunku. Życzę Ci wszystkiego dobrego w twojej pracy, w rozwoju bloga i ogólnie w życiu. Mam nadzieję, że zobaczymy się kiedyś też w realu, na przykład, na którymś z moich koncertów.

JS: Też mam taką nadzieję i czekam na to z niecierpliwością. Również życzę Ci wszystkiego, co dobre oraz kolejnych sukcesów muzycznych, rozwojowych i sportowych 🙂


[1] http://mezo.pl/mezo/

[2] Właściwie Jacek Wieczorek – były raper, znajomy Mezo. Obecnie zrezygnował z tworzenia muzyki na rzecz działalności w branży IT. Autor książki Labirynty Scruma.

[3] https://www.facebook.com/Mezokracja/photos/odebra%C5%82em-dzi%C5%9B-%C5%9Bwiadectwo-uko%C5%84czenia-studi%C3%B3w-podyplomowych-z-psychologii-pozytyw/1644497372266440/

[4] Zob. http://mezo.pl/csikszentmihalyi-czyli-zlap-flow/

[5] Zob. https://www.youtube.com/watch?v=KvFkr9yLfv8

[6] Zob. M. Nowakowska: Psychologia pozytywna. [dostęp:  http://opsychologii.pl/psychologia-pozytywna.html]

[7] https://www.youtube.com/watch?v=jIoHZYX6xPc

[8] Zob. C. G. Jung: XVI. Przełom życia. W: Tegoż: Dynamika nieświadomości. Tłum. R. Reszke. Warszawa 2014, s. 413-430

[9] Zob. https://psychologwronska.pl/24-sily-charakteru-sprawdz-czy-masz-mocne-strony/

[10] Zob. C. G. Jung: Typy psychologiczne. Tłum. R. Reszke. Warszawa 1997.

[11] Tzw. „Nielegal” w rapie to: „Wydana zazwyczaj własnym sumptem artysty kaseta/ płyta CD, najczęściej z materiałem demo, rozprowadzana głównie metodą „z ręki do ręki” wśród znajomych. (R. Miszczak, A. Cała: Beaty, rymy, życie. Leksykon muzyki hip-hop. Poznań, s. 33)

[12] Zob. T. Llacer: Nietzsche. Nadczłowiek i wola mocy. Tłum. A. Paleta, B. Sosnowska. Warszawa 2018 , s. 66-68.

[13] https://pl.wikiquote.org/wiki/Ignacy_Loyola

[14] https://www.youtube.com/watch?v=epvIVna-oXM

[15] Zob. D. Wrońska: Co to jest psychologia pozytywna? [dostęp: https://psychologwronska.pl/co-to-jest-psychologia-pozytywna/]

[16] https://www.youtube.com/watch?v=3x_3hW-aDbk

[17] https://weszlo.com/2019/03/18/hejt-ludzie-rzucali-we-kamieniami/

[18] https://www.youtube.com/watch?v=kC-hf67DHSs

[19] https://www.facebook.com/Mezokracja/posts/918136531569198/

[20] http://mezo.pl/pozegnanie-z-jackiem-danielsem/

[21] https://www.youtube.com/watch?v=RRj7CfvrzE8 8:48

[22] Domowy koncert STRICTLY FOR MY R.U.N.N.E.R.S:

KONCERT ONLINE w dzień premiery albumu CREDO 22.05.2020:

[23] Na płycie znalazłem się za sprawą konkursu, w którym fani mieli nagrać w formie audio to, co sprawia, że chętnie sięgają po muzykę Mezo. 10 wygranych otrzymywało poprzednią płytę z autografem (mowa o „Życiówce”) oraz możliwość zaistnienia na nowym albumie. Artysta z wytypowanej dziesiątki wybrał dwa nagrania i tak  oto mój głos znalazł się na utworze „Taka mowa” 🙂 https://www.facebook.com/Mezokracja/posts/2597797586936409